czwartek, 26 lutego 2026

Bytom: Plac Klasztorny – serce pamięci miasta

 Plac Klasztorny w Bytomiu to jedno z tych miejsc, które mijamy codziennie, nie zdając sobie sprawy, jak wiele warstw historii kryje się w jego spokojnej przestrzeni. Warto o nim opowiedzieć tak, by czytelnik poczuł, że stoi w miejscu, gdzie przez pokolenia tętniło życie — ciche, codzienne, ale pełne znaczeń. To miejsce, które nie potrzebuje wielkich słów, by opowiadać o sobie. Wystarczy chwila ciszy.



Spacerując po placu, można odnieść wrażenie, że czas płynie tu inaczej. Brukowane alejki, stare drzewa i ciche podwórza tworzą atmosferę, która skłania do refleksji. To nostalgia bez smutku — raczej ciepłe wspomnienie o tym, jak wiele pokoleń zaczynało tu swoją drogę. Cisza nie jest tu pusta — niesie echo dawnych rozmów, śmiechu dzieci wracających ze szkoły, czy spacerowiczów z psem. Architektura nie jest tylko tłem — jest świadkiem, który trwa, nawet gdy ludzie się zmieniają. Plac ma w sobie łagodność — taką, która pozwala zatrzymać się na chwilę i poczuć, że Bytom ma miejsca, które warto ocalić w pamięci.


Dlaczego warto o tym pisać?



Bo Plac Klasztorny to nie tylko punkt na mapie. To fragment tożsamości miasta — cichy, skromny, ale niezwykle ważny. Opowieść o nim to opowieść o ludziach, którzy tu dorastali, uczyli się, pracowali i modlili. O miejscu, które łączy pokolenia, nawet jeśli nie zawsze to zauważamy. 

wtorek, 24 lutego 2026

Miechowice - wspomnienie o kamienicy przy ul. Bluszczowej 5

 Opowieść o kamienicy, która znała swoich ludzi



Kamienica w Miechowicach stała przy drodze tak długo, że wydawało się, jakby wyrosła z ziemi razem z drzewami. Cegły miała ciepłe, trochę spłowiałe, ale wciąż trzymające się dumnie, jakby chciały powiedzieć: „Ja tu byłam, zanim wy się urodziliście”. A ludzie, którzy w niej mieszkali, traktowali ją jak kogoś bliskiego – nie jak budynek, ale jak starą ciotkę, która wszystko widziała i wszystko pamiętała.

Drewniana klatka, która znała każdy krok

W środku prowadziła w górę klatka schodowa – drewniana, skrzypiąca, pachnąca żywicą i farbą, bo jeszcze niedawno ktoś ją odmalował. Farba była jasna, świeża, jakby ktoś chciał dodać temu miejscu odrobinę młodości. A jednak pod tą świeżością wciąż kryło się stare drewno, które pamiętało:

  • dzieci biegające po schodach z tornistrami większymi od nich samych,

  • górników wracających z nocnej zmiany, czarnych od pyłu, ale uśmiechniętych,

  • kobiety niosące zakupy, które zawsze zatrzymywały się na półpiętrze, żeby złapać oddech i wymienić kilka słów o pogodzie, cenach i życiu.

Każdy stopień miał swój własny głos. Jedne skrzypiały cicho, jakby szeptały, inne jęczały głośno, jakby narzekały na ciężar kolejnych lat. Ale wszystkie razem tworzyły melodię, którą znali wszyscy mieszkańcy.

Ludzie, którzy tworzyli dom

W kamienicy żyły pokolenia. Najpierw pradziadkowie – ci, którzy pamiętali czasy, gdy Miechowice były pełne kopalnianego gwaru. Potem ich dzieci, które dorastały w cieniu kominów i w zapachu świeżego chleba z pobliskiej piekarni. A później wnuki, które już nie znały ciężkiej pracy pod ziemią, ale znały smak wakacji spędzanych na podwórku, gdzie piłka odbijała się od ceglanej ściany jak echo dawnych czasów. Każde mieszkanie miało swoją historię. W jednym urodziło się pięcioro dzieci, w innym ktoś pierwszy raz zakochał się tak naprawdę, w jeszcze innym ktoś odszedł cicho, zostawiając po sobie tylko zdjęcie na komodzie i zapach starej wody kolońskiej.

Szkody górnicze zdecydowały

Niestety z roku na rok stan kamienicy był coraz gorszy, coraz więcej pęknięć i szczeliny spowodowały, że los kamiennicy został przesądzony i powiadomiono mieszkańców, że budynek musi być rozebrany. I tak się stało - ludzi wysiedlono. Najdłużej mieszkała rodzina na parterze, ale w krótkim czasie i oni się wyprowadzili. Budynek zabezpieczono, ale się okazało, że zabezpieczenia na wandali i złomiarzy było za słabe.




A potem przyszła noc 9 marca 2025, która zabrała wszystko

Nikt nie wie, dlaczego to się stało. Jedni mówią, że ktoś podpalił. Inni – że to przypadek. Ale ogień nie rozróżnia intencji. Wdarł się do środka, połknął drewniane schody, zjadł belki, zadymił ściany. Kamienica, która tyle lat stała niewzruszona, nagle zaczęła wyglądać jak staruszka, której zabrano siły. Ludzie patrzyli na nią z daleka. Niektórzy płakali, inni milczeli. Bo jak tu mówić, kiedy znika miejsce, które było świadkiem tylu żyć?

I tyle pozostało po kamienicy przy Bluszczowej 5 



Po wszystkim została pustka

Kiedy przyszły maszyny i zaczęły rozbierać to, czego ogień nie dokończył, wydawało się, że każdy cios młota odbija się echem w sercach tych, którzy tam dorastali. A gdy ostatnia ściana runęła, zapadła cisza – taka, której nie da się opisać. Zostało tylko wspomnienie: skrzypiące schody, zapach farby, śmiech dzieci, rozmowy na półpiętrze. I to dziwne uczucie, że choć kamienicy już nie ma, to wciąż stoi – w pamięci tych, którzy kiedyś nazywali ją domem.

Polecam także: Miechowice - ul. Bluszczowa, Miechowice - Bluszczowa, Miechowice Bluszczowa 4 – ostatni oddech starej kamienicy


poniedziałek, 23 lutego 2026

Miechowice: kamienica przy Frenzla 25 — opowieść w tonie nostalgii

 

Kamienica przy Frenzla 25 — opowieść w tonie nostalgii

Kamienica przy Frenzla 25 stoi dziś cicho, jakby wsłuchiwała się w echo dawnych głosów. Ceglany familok z końca XIX wieku, prosty, surowy, a jednak pełen historii, które wniknęły w jego mury jak zapach w stare drewno. Jej czerwona cegła, kiedyś dumna i świeża, teraz przygasła, spłowiała od deszczu i lat. W słońcu mieni się ciepłym brązem, jakby próbowała przypomnieć sobie czasy, gdy pod jej oknami biegały dzieci, a z klatek schodowych unosił się zapach obiadu i węgla.



Okna — dziś zabite deskami, wybite, puste — kiedyś były oczami domu. Patrzyły na ludzi wracających z szybu, na kobiety niosące zakupy, na rowery oparte o mur. Teraz patrzą w nic, ale w tej pustce jest coś wzruszającego: jakby kamienica wciąż czekała, aż ktoś je otworzy, przewietrzy, przywróci życie. Na parterze graffiti miesza się z resztkami dawnego tynku. To współczesne ślady na starej skórze budynku — niepasujące, ale prawdziwe. Wokół rośnie trawa, która nie pyta o pozwolenie. Przyroda powoli odzyskuje teren, jakby chciała otulić kamienicę, dać jej miękkie miejsce do odpoczynku.

A jednak, mimo opuszczenia, jest w niej godność. Ten familok pamięta epokę, w której budowano solidnie, z myślą o pokoleniach. Pamięta gwar robotniczej dzielnicy, stukot butów na bruku, zapach mokrej cegły po burzy. Dziś stoi jak strażnik minionego świata — trochę zmęczony, trochę zapomniany, ale wciąż piękny w swojej prostocie.

To jeden z tych budynków, które nie potrzebują renowacji, by wzruszać, wszak jej dni są już policzone. Czy musiało tak być....?

sobota, 21 lutego 2026

Miechowice - opowieść o drzwiach, które pamiętają więcej niż my

 Są takie drzwi, które nie potrzebują muzealnej gabloty, by opowiadać historię. Wystarczy na nie spojrzeć, a już wiadomo, że przyszły z innej epoki — z czasów, gdy drewno było ciężkie, farba pachniała olejem, a rzemieślnik podpisywał się pod swoją pracą nie nazwiskiem, lecz starannością. Te właśnie drzwi, z początku XX wieku, stoją dziś jak świadkowie, którzy nie mają komu zdać relacji. Ich wyblakła zieleń nie jest modnym zabiegiem stylizacyjnym, lecz efektem stuletniego dialogu z deszczem, mrozem i ludzką obojętnością. Owalne szybki, kiedyś eleganckie jak monokl dżentelmena, dziś patrzą na świat z lekkim zmęczeniem. A jednak wciąż mają w sobie coś z dawnej dumy — jakby pamiętały czasy, gdy pod tym łukiem przechodzili ludzie w kapeluszach, a nie z telefonami przyklejonymi do dłoni.




Ceglana arkada nad nimi też nie jest przypadkowa. To architektura, która nie bała się ciężaru, bo wiedziała, że solidność jest najlepszą wizytówką. Dziś jej spękania wyglądają jak zmarszczki — nie ukrywają wieku, lecz go podkreślają. Ktoś powie: „zniszczone, zaniedbane, szkoda patrzeć”. A ja myślę, że w tych drzwiach jest więcej prawdy niż w niejednym odrestaurowanym zabytku. One nie udają młodości. One ją pamiętają. I może właśnie dlatego warto się przy nich zatrzymać. Bo w świecie, który wszystko chce wygładzić, odnowić i poprawić, te drzwi przypominają, że czasem najciekawsze jest to, co przetrwało mimo wszystko. I nie widomo jak długo jeszcze bedą cieszyć oczy...


Zabytkowa kamienica przy ul. Franzla 48 


Były sklep mięsny, który zaopatrywał pół starych Miechowic

piątek, 20 lutego 2026

Bielsko Biała - Willa Tugendhatów

Dzisiaj udajemy się nieco dalej na południe od GOP-u, aż do  Bielska (dzisiejsza Bielsko‑Biała).



Bielski Biała - Willa Tugendhatów ul. Żeromskiego 1

Budynek widoczny na powyższej grafice zlokalizowany jest na skrzyżowaniu ulic Żeromskiego i Słowackiego został wzniesiony w 1923 roku przez renomowaną firmę budowlaną „Karol Korn”, kierowaną wówczas przez Feliksa Korna, syna jednego z najważniejszych bielskich architektów przełomu XIX i XX wieku. Obiekt powstał na zlecenie Roberta i Willy’ego Tugendhatów, przedstawicieli znanej żydowskiej rodziny przemysłowców, która odegrała istotną rolę w rozwoju gospodarczym międzywojennego Bielska. Kamienica jest przykładem eleganckiej architektury lat 20. XX wieku i stanowi ważny ślad wielokulturowej historii miasta, w której znaczącą rolę odgrywali żydowscy przedsiębiorcy oraz lokalne elity przemysłowe. Bielsko Biała posiada niesamowite perełki architektury, które mianowały miasto to tytułu ,,Mały Wiedeń", zresztą podobnie jak Bytom. I powiem, że oba miasta posiadają niesamowity klimat i architekturę, chociaż nie wiem dlaczego są nie doceniane...... ?

czwartek, 19 lutego 2026

Bytom - nawet Budynek PZPR ma swoją historię

 Okazały budynek przy ul. Żeromskiego to siedziba dawnego Brackiego Stowarzyszenia Zawodowego (Knappschafts -Berufsgenossenschaft) wybudowany w 1910 roku w stylu modernistycznym według projektu Paula Spillera. Przez lata budynek zmieniał swoich użytkowników, funkcje a wraz z nimi zmieniał się też jego wygląd. 



[Bytom ul Żeromskiego - zdjęcie foto polska] 

Po wojnie był to  gmach PZPR. Pomimo, że od lat stoi pusty, to nie jest tylko budynek – to fragment historii Bytomia. Łączy w sobie ślady epoki industrialnej, niemieckiego modernizmu, powojennej polityki i współczesnych wyzwań związanych z ochroną zabytków. Jego bogato zdobione kamienice są unikatowym świadectwem czasu Bytomia, w którym architektura miała opowiadać historię miasta i jego mieszkańców. Zaś byały gmach PZPR początkowo  wyglądał nieco inaczej  z arkadowymi krużgankami na poziomie parteru i miał trzy kondygnacje nakryte wysokim, stromym dachem. Na przełomie lat 60. i 70. XX w. dach ten rozebrano, dobudowując kolejną kondygnację z wysokimi pionowymi oknami i płaskim dachem. 



Rzeźba gwarka - nie wiadomo  czy ten forma została stworzona od początku budynku, czy też nieco później.....  

Dziś, gdy Bytom stawia na rewitalizację i ochronę dziedzictwa, kamienica przy ul. Żeromskiego zasługuje na uwagę. Jej odnowienie mogłoby przywrócić blask jednemu z najciekawszych obiektów w centrum miasta i ocalić wyjątkowe detale, które przetrwały ponad sto lat. W październiku 2024 r.  pojawiało się światełko w tunelu dla tej budowli. Nowy właściciel miał stworzyć w tym budynku kilkadziesiąt mieszkań. Przedsięwzięcie powinno zakończyć się w 2027 r., ale nic na to nie wskazuje, aby się to udało, ponieważ jak dotąd, budynek dalej niszczeje i nic dalej się z nim nie dzieje. 

środa, 18 lutego 2026

Miechowice - pałac w zimowym świetle

 Pałac Tiele‑Wincklerów w Bytomiu‑Miechowicach powstał w latach 1812–1817 jako klasycystyczna rezydencja Ignacego Domesa. W połowie XIX wieku, po przejęciu majątku przez ród Tiele‑Wincklerów, obiekt został gruntownie przebudowany w stylu angielskiego neogotyku Tudorów. Prace prowadzone w latach 1850–1859 według projektu Maurycego Augusta Nottebohma nadały pałacowi charakterystyczny, zamkowy wygląd z trzema wieżami, w tym najwyższą — „Jaskółczą”.



Widok na oficynę pałacu od strony parku

Rezydencja pozostawała w rękach Tiele‑Wincklerów do 1925 roku. Jej kres nastąpił w styczniu 1945 roku, kiedy Armia Czerwona splądrowała i spaliła pałac. Wypalone mury wysadzono w latach 1954–1955. W 1995 roku zespół pałacowo‑parkowy wpisano do rejestru zabytków województwa śląskiego. Do dziś zachowały się tylko fragmenty pałacu, oficyna oraz zabytkowy park z cennym drzewostanem.

wtorek, 17 lutego 2026

Miechowice - „Wiosny Ludów — kronika zwykłej niezwykłości”

 Są w Miechowicach takie miejsca, które mijamy codziennie, nie zastanawiając się, skąd właściwie się wzięły. Ot, zwykła ulica, kilka domów, trochę zieleni, czasem pies wyprowadzany na spacer. A jednak — gdyby ulica Wiosny Ludów potrafiła mówić, opowiedziałaby historię znacznie bogatszą niż ta, którą widzimy z okna autobusu lub ze spaceru. Ale w tle tej historii pojawia się jeszcze jeden, bardzo śląski akcent — fińskie domki. Dziś dla wielu to tylko ciekawostka architektoniczna, ale po wojnie były symbolem nadziei. Polska, zrujnowana i potrzebująca mieszkań, przyjęła od Finlandii gotowe, drewniane moduły, które można było postawić szybko, tanio i niemal od ręki. Na Śląsku, gdzie tysiące ludzi pracowało w kopalniach i hutach, takie domki były jak prezent z nieba: ciepłe, przytulne, pachnące świeżym drewnem. W Miechowicach również pojawiły się takie zabudowania — skromne, ale pełne życia, budujące nową powojenną codzienność.



Dziś wiele chlewików nie istnieje, ale fińskie domki mają sie dobrze i co więcej ta zabudowa jest małą kroniką Miechowic, zapisaną w drewnie, i wspomnieniach mieszkańców, którzy przybyli z Francji i nie tylko. Świat zmienia się szybciej niż kiedykolwiek, ale ta ulica trwa — trochę jak przypomnienie, że historia nie zawsze krzyczy. Czasem po prostu stoi przy drodze i czeka, aż ktoś zechce jej posłuchać i na nią podpatrzeć.

poniedziałek, 16 lutego 2026

Miechowice - opowieść o ,,Słonecznym Placu" i znikających domach

 Są takie nazwy miejsc w Miechowicach, które bardziej się kojarzą z wakacjami w ciepłym kraju, a niżeli z dzielnicą przemysłowego dużego miasta - również znanego głownie z przemysłu ciężkiego. 




 W Miechowicach, gdzie historia bywała ciężka jak węgiel fedrowany pod ziemią, ta nazwa działa jak przeciwwaga: lekka, jasna, jakby ktoś chciał powiedzieć mieszkańcom: „tu zawsze będzie trochę jaśniej” i cieplej. Dlaczego? 




Otóż w odróżnieniu od wąskich sąsiednich ulic, które była gęsto zabudowane familokami z czerwonej cegły, na pl. Słonecznym było mniej domów, a na dodatek miejsce to było delikatnie pochylone w kierunku południowym, gdzie padało więcej słońca. Zatem nazwa ma swoje uzasadnienie.     

W czasach, gdy  Plac Słoneczny miał być miejscem, które kojarzy się dobrze – z ciepłem, z energią, z życiem - z czasem tutaj wybudowano szkołę, który defacto  przez dziesięciolecia tętnił życiem stojąc niemal w samym jego sercu. Dzieci wbiegające na lekcje, gwar przerw, akademie, śmiech – to wszystko było jak codzienny wschód słońca.


Dziś szkoły już nie ma, a plac zmienił swoje oblicze i juz raczej nie przypomina budzącego się życia i nadziei. Jednak nazwa pozostała. I może właśnie w tym tkwi jej siła: przypomina o tym, że nawet gdy rzeczy się kończą, miejsca potrafią zachować swój blask. Plac Słoneczny jest więc trochę jak album rodzinny – nie trzeba go otwierać, żeby wiedzieć, że w środku są wspomnienia pełne światła. 


Może dlatego mieszkańcy wciąż mówią o nim z czułością. Bo w Miechowicach, gdzie historia bywała burzliwa, Słońce w nazwie to nie tylko metafora. To deklaracja. A może nawet życzenie, żeby w tej części świata zawsze było choć odrobinę jaśniej, ponieważ najbliższa historia tej części rysuje się raczej w ciemnych barwach.  

Plac Słoneczny – czy można wyobrazić sobie bardziej pogodny adres?  


piątek, 13 lutego 2026

Miechowice - serce pałacu, które wciąż bije

 Pałac Tiele‑Wincklerów w Miechowicach stoi dziś jak ocalały fragment dawnej opowieści — jak strona wyrwana z księgi, której resztę pochłonął ogień. Ta część, którą widzisz, jest jak serce, które mimo ran wciąż bije. Jej mury pamiętają czasy, gdy ród Tiele‑Wincklerów tchnął w to miejsce bogactwo, kulturę i ambicję, a Miechowice były jednym z najjaśniejszych punktów na mapie śląskiej arystokracji.



Pałac widziany od strony ul. Dzierżonia 

Dlatego ta ocalała część pałacu świeci dziś jak samotna latarnia. Jej okna, rozświetlone na obrazie, wyglądają tak, jakby próbowały przywołać ducha dawnej świetności — bale, rozmowy w salonach, zapach książek z biblioteki, echo kroków na marmurowych schodach. Drzewa wokół, starsze niż niejedno ludzkie pokolenie, zdają się pochylać nad ruiną jak nad przyjacielem, którego nie udało się ochronić.  



W parku pod platanem ......... 

A jednak w tej pozostałości jest coś niezwykle poruszającego. Jakby pałac, choć okaleczony, wciąż chciał opowiadać swoją historię — o rodzie, który budował potęgę Śląska, o wojnie, która nie znała litości, i o pamięci, która mimo wszystko trwa. To nie jest tylko fragment budowli. To świadectwo. Cichy pomnik tego, co było, i tego, co przetrwało wbrew wszystkiemu. 

czwartek, 12 lutego 2026

Tarnowskie góry - Wieża wspomnienia gwarków

 Są w śląskich miastach miejsca, które nie potrzebują rozgłosu, by stać się symbolami. W Tarnowskich Górach takim miejscem jest Dzwonnica Gwarków — niepozorna, drewniana konstrukcja stojąca na Placu Gwarków, jakby od zawsze pilnowała rytmu tego miasta. A przecież to tylko replika. Tylko i aż — bo w tej skromności kryje się cała historia regionu.



Dzwonnica, którą dziś oglądamy, to współczesna rekonstrukcja XIX‑wiecznej dzwonnicy kopalnianej, niegdyś należącej do Królewskiej Kopalni „Fryderyk”. Oryginał stał na północnym zboczu hałdy popłuczkowej i służył do sygnalizowania pracy gwarków — ludzi, którzy wydobywali srebro i ołów, tworząc fundamenty bogactwa miasta. Dzwon oznaczał początek zmiany, alarm, czasem tragedię. Był głosem kopalni, zanim jeszcze pojawiły się syreny i elektryczne systemy ostrzegawcze. Dziś dzwonnica stoi w zupełnie innym otoczeniu. Zamiast hałd — bruk i kamienice. Zamiast gwarków — spacerowicze, turyści, uczniowie wracający ze szkoły. A jednak, gdy patrzy się na tę drewnianą wieżę, trudno oprzeć się wrażeniu, że wciąż coś opowiada. Może o tym, że Tarnowskie Góry nie są miastem, które zapomina. Może o tym, że historia górnictwa to nie tylko podziemne korytarze wpisane dziś na listę UNESCO, ale także takie drobne znaki pamięci, które przetrwały dzięki lokalnej determinacji.




Patrząc na Dzwonnicę Gwarków, można odnieść wrażenie, że to nie tylko pamiątka, ale i  zachęta współczesności, by znali przeszłość, która buduje świadomość. W świecie, który pędzi, zmienia się i zapomina szybciej, niż zdąży zapisać, ta drewniana konstrukcja stoi jak manifest: pamiętajcie, skąd przyszliście. Nie dominuje przestrzeni, ale zadaje pytania - skąd i po co. I dalej trwa — i to wystarczy, by wciąż dzwoniła, choć dziś już na ogół bez dźwięku. 


środa, 11 lutego 2026

Bytom - Szara codzienność zapomnianego miasta

 Są takie ulice, które mijamy w pośpiechu, nie zastanawiając się, ile historii kryje się w odpadającym tynku. Wydają się zwyczajne, może nawet brzydkie, ale wystarczy zatrzymać się na chwilę, by zobaczyć, że to nie ruina — to pamięć. Miasto starzeje się inaczej niż ludzie. Nie ma zmarszczek, ma pęknięcia. Nie ma wspomnień, ma warstwy farby, które ktoś kiedyś uznał za potrzebne.


Bytom ul. Kwietniewskiego

Kiedy patrzę na tę scenę, widzę kobietę, która przechodzi obok jakby mimochodem, ale jej obecność nadaje sens temu, co pozornie martwe. Ona idzie dalej, a budynek zostaje — jak strażnik dawnych rozmów, śmiechów, kłótni, zapachów obiadu, którymi kiedyś żyły te ściany. Dziś są tylko świadectwem czasu, który nie pyta o zgodę.



Bytom - ul. Żołnierza Polskiego

W takich miejscach nostalgia nie jest sentymentalna. Jest cicha, jakby nie chciała przeszkadzać. Przypomina, że wszystko, co mijamy, kiedyś było czyimś centrum świata. A my? My jesteśmy tylko kolejnym kadrem w długim filmie, który to miasto odtwarza bez końca.

wtorek, 10 lutego 2026

Bytom - przemysłowy klimat Bobrka

 Bobrek ma w sobie tę osobliwą umiejętność łączenia dwóch światów, które gdzie indziej dawno by się ze sobą pokłóciły. Z jednej strony codzienność — auta zaparkowane jakby od niechcenia, ceglane kamienice pamiętające czasy, gdy wszystko tu tętniło pracą. Z drugiej — przemysłowy kręgosłup dzielnicy, dumny komin wyrastający ponad dachy jak strażnik epoki, która niby minęła, a jednak wciąż unosi się w powietrzu. To miejsce nie próbuje być ładne w klasycznym sensie. Ono jest prawdziwe. Surowe, trochę zmęczone, ale przez to właśnie szczere. Zimowy pył na bruku i mleczne światło dnia podkreślają tę autentyczność, jakby Bobrek chciał powiedzieć: „Nie jestem dekoracją. Jestem historią, która nadal żyje”.



I może właśnie dlatego takie zaułki mają w sobie więcej duszy niż niejeden wypolerowany deptak. Bo tu, między cegłą a kominem, widać nie tylko przeszłość, ale i ludzi, którzy wciąż próbują nadać temu miejscu sens.

środa, 4 lutego 2026

Miechowice - sielski i wiejski charakter miasta ukryty wśród domów i drzew

Niewielu mieszkańców zapuszcza się w tę uliczkę, choć prowadzi przez nią droga równie stara jak pamięć okolicznych domów. Wąski, piaszczysty trakt, wijący się między drewnianymi płotami i niskimi, czerwono dachowymi chałupami, wygląda tak, jakby czas zatrzymał się tu z własnej woli. Popołudniowe światło osiada na liściach drzew, tworząc miękką poświatę — jak reflektor, który powoli rozświetla scenę przed pierwszym aktem.




To miejsce od lat czterdziestych XX wieku nosi imię Wojciecha Bogusławskiego, ojca polskiego teatru narodowego. I choć trudno wyobrazić sobie, by sam Bogusławski przemierzał tę drogę, jest w niej coś, co zaskakująco dobrze współbrzmi z jego życiem. On również działał na uboczu wielkiej historii, często w trudnych warunkach, a jednak potrafił stworzyć przestrzeń, w której rodziła się polskość — żywa, odważna, pełna emocji. Tak jak ta ulica, skromna, lecz pełna charakteru.


Ulica Bogusławskiego nie potrzebuje wielkich dekoracji. Jej scenografia to proste płoty, stare dachy i światło, które zmienia się jak kurtyna unosząca się i opadająca nad kolejnymi odsłonami dnia. A przechodzień, który tu trafi, staje się na chwilę widzem — i bohaterem — tej małej, pięknej sztuki codzienności.

wtorek, 3 lutego 2026

Bytom Miechowice - „Szyb Zachodni: ostatnie cegły, ostatnia szansa”

 Ćwierć wieku po zamknięciu kopalni Miechowice krajobraz tej części Bytomia wciąż nosi blizny po górniczej epoce. Z dawnego, tętniącego życiem zakładu zostały już tylko dwa samotne strażniki przeszłości: budynek nadszybia szybu Zachodniego i ceglana maszyna wyciągowa z 1910 roku. Resztę zrównano z ziemią, jakby ktoś chciał wymazać pamięć o miejscu, które przez dekady budowało tożsamość dzielnicy.



Budynek maszyny wyciągowej i cechowni

Choć oba obiekty wpisano do rejestru zabytków, ich los wcale nie jest pewny. Maszyna wyciągowa — ostatnia murowana pamiątka po kopalni — od lat stoi w rękach prywatnego właściciela, który nie kiwnął palcem, by ją zabezpieczyć. Cegły pękają, dach zarasta drzewami, a czas robi swoje.




Budynek nadszybia



Miasto, choć obiekty stoją przy ulicy Szyb Zachodni i są formalnie chronione, nie reaguje. Drzewa wyrastające z murów rosną jak wyrzut sumienia — pokazują, że ochrona zabytków na papierze to jedno, a realna troska o dziedzictwo to zupełnie inna historia.


Artykuł stawia więc niewygodne pytanie: czy Szyb Zachodni podzieli los reszty kopalnianych zabudowań, czy ktoś wreszcie uzna, że warto ocalić choć te ostatnie cegły, zanim znikną na zawsze?