Są takie drzwi, które nie potrzebują muzealnej gabloty, by opowiadać historię. Wystarczy na nie spojrzeć, a już wiadomo, że przyszły z innej epoki — z czasów, gdy drewno było ciężkie, farba pachniała olejem, a rzemieślnik podpisywał się pod swoją pracą nie nazwiskiem, lecz starannością. Te właśnie drzwi, z początku XX wieku, stoją dziś jak świadkowie, którzy nie mają komu zdać relacji. Ich wyblakła zieleń nie jest modnym zabiegiem stylizacyjnym, lecz efektem stuletniego dialogu z deszczem, mrozem i ludzką obojętnością. Owalne szybki, kiedyś eleganckie jak monokl dżentelmena, dziś patrzą na świat z lekkim zmęczeniem. A jednak wciąż mają w sobie coś z dawnej dumy — jakby pamiętały czasy, gdy pod tym łukiem przechodzili ludzie w kapeluszach, a nie z telefonami przyklejonymi do dłoni.
Ceglana arkada nad nimi też nie jest przypadkowa. To architektura, która nie bała się ciężaru, bo wiedziała, że solidność jest najlepszą wizytówką. Dziś jej spękania wyglądają jak zmarszczki — nie ukrywają wieku, lecz go podkreślają. Ktoś powie: „zniszczone, zaniedbane, szkoda patrzeć”. A ja myślę, że w tych drzwiach jest więcej prawdy niż w niejednym odrestaurowanym zabytku. One nie udają młodości. One ją pamiętają. I może właśnie dlatego warto się przy nich zatrzymać. Bo w świecie, który wszystko chce wygładzić, odnowić i poprawić, te drzwi przypominają, że czasem najciekawsze jest to, co przetrwało mimo wszystko. I nie widomo jak długo jeszcze bedą cieszyć oczy...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz