Opowieść o kamienicy, która znała swoich ludzi
Kamienica w Miechowicach stała przy drodze tak długo, że wydawało się, jakby wyrosła z ziemi razem z drzewami. Cegły miała ciepłe, trochę spłowiałe, ale wciąż trzymające się dumnie, jakby chciały powiedzieć: „Ja tu byłam, zanim wy się urodziliście”. A ludzie, którzy w niej mieszkali, traktowali ją jak kogoś bliskiego – nie jak budynek, ale jak starą ciotkę, która wszystko widziała i wszystko pamiętała.
Drewniana klatka, która znała każdy krok
W środku prowadziła w górę klatka schodowa – drewniana, skrzypiąca, pachnąca żywicą i farbą, bo jeszcze niedawno ktoś ją odmalował. Farba była jasna, świeża, jakby ktoś chciał dodać temu miejscu odrobinę młodości. A jednak pod tą świeżością wciąż kryło się stare drewno, które pamiętało:
dzieci biegające po schodach z tornistrami większymi od nich samych,
górników wracających z nocnej zmiany, czarnych od pyłu, ale uśmiechniętych,
kobiety niosące zakupy, które zawsze zatrzymywały się na półpiętrze, żeby złapać oddech i wymienić kilka słów o pogodzie, cenach i życiu.
Każdy stopień miał swój własny głos. Jedne skrzypiały cicho, jakby szeptały, inne jęczały głośno, jakby narzekały na ciężar kolejnych lat. Ale wszystkie razem tworzyły melodię, którą znali wszyscy mieszkańcy.
Ludzie, którzy tworzyli dom
W kamienicy żyły pokolenia. Najpierw pradziadkowie – ci, którzy pamiętali czasy, gdy Miechowice były pełne kopalnianego gwaru. Potem ich dzieci, które dorastały w cieniu kominów i w zapachu świeżego chleba z pobliskiej piekarni. A później wnuki, które już nie znały ciężkiej pracy pod ziemią, ale znały smak wakacji spędzanych na podwórku, gdzie piłka odbijała się od ceglanej ściany jak echo dawnych czasów. Każde mieszkanie miało swoją historię. W jednym urodziło się pięcioro dzieci, w innym ktoś pierwszy raz zakochał się tak naprawdę, w jeszcze innym ktoś odszedł cicho, zostawiając po sobie tylko zdjęcie na komodzie i zapach starej wody kolońskiej.
Szkody górnicze zdecydowały
Niestety z roku na rok stan kamienicy był coraz gorszy, coraz więcej pęknięć i szczeliny spowodowały, że los kamiennicy został przesądzony i powiadomiono mieszkańców, że budynek musi być rozebrany. I tak się stało - ludzi wysiedlono. Najdłużej mieszkała rodzina na parterze, ale w krótkim czasie i oni się wyprowadzili. Budynek zabezpieczono, ale się okazało, że zabezpieczenia na wandali i złomiarzy było za słabe.
A potem przyszła noc 9 marca 2025, która zabrała wszystko
Nikt nie wie, dlaczego to się stało. Jedni mówią, że ktoś podpalił. Inni – że to przypadek. Ale ogień nie rozróżnia intencji. Wdarł się do środka, połknął drewniane schody, zjadł belki, zadymił ściany. Kamienica, która tyle lat stała niewzruszona, nagle zaczęła wyglądać jak staruszka, której zabrano siły. Ludzie patrzyli na nią z daleka. Niektórzy płakali, inni milczeli. Bo jak tu mówić, kiedy znika miejsce, które było świadkiem tylu żyć?
I tyle pozostało po kamienicy przy Bluszczowej 5
Po wszystkim została pustka
Kiedy przyszły maszyny i zaczęły rozbierać to, czego ogień nie dokończył, wydawało się, że każdy cios młota odbija się echem w sercach tych, którzy tam dorastali. A gdy ostatnia ściana runęła, zapadła cisza – taka, której nie da się opisać. Zostało tylko wspomnienie: skrzypiące schody, zapach farby, śmiech dzieci, rozmowy na półpiętrze. I to dziwne uczucie, że choć kamienicy już nie ma, to wciąż stoi – w pamięci tych, którzy kiedyś nazywali ją domem.
Polecam także: Miechowice - ul. Bluszczowa




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz