W Miechowicach historia nie leży w muzealnych gablotach — ona stoi pośród drzew, wciąż oddychając dawnym splendorem. Pałac Tiele‑Wincklerów, choć dziś w większości nieobecny, jest jednym z tych miejsc, które uczą, że pamięć potrafi być bardziej trwała niż cegła. Wszystko zaczęło się niewinnie: w 1812 roku kupiec Ignatz Domes nabył wieś Miechowice i postanowił zbudować dla córki Marii klasycystyczny pałac — prezent, który miał być symbolem rodzinnego dobrobytu. Los jednak lubi pisać własne scenariusze. Maria wyszła za Franza Wincklera, ambitnego górnika, który w krótkim czasie stał się jednym z najbogatszych przemysłowców na Śląsku. To właśnie za jego czasów rezydencja zaczęła zmieniać się w neogotycką perłę, stylizowaną na angielski Tudor — z wieżyczkami, krenelażami i rozmachem, który miał świadczyć o potędze rodu.

Pałac rósł, piękniał, przyciągał gości z całej Europy. W parku sadzono egzotyczne drzewa, a wnętrza wypełniały się sztuką i rozmowami o przyszłości przemysłu. Miechowice stały się małym centrum świata — przynajmniej tego śląskiego.
A potem przyszedł rok 1945. Pożar, grabież, dewastacja. W 1954 LWP wysadziło cześć pałacu i pozostały tylko większe jego fragmenty. Z całości ogromnej budowli ostała się tylko oficyna — jakby sama historia uparła się, że choćby jeden fragment musi przetrwać, by przypominać o dawnym blasku pałacu i jego mieszkańcach.
Dziś ta ocalała część, odrestaurowana i tętniąca życiem, stoi jak strażnik pamięci. Nie jest ruiną, lecz świadectwem. Mówi: „Byłem tu. Jestem. I będę, dopóki ktoś chce na mnie patrzeć i słuchać”. W Miechowicach pałac nie zniknął. On po prostu zmienił formę — z kamienia na opowieść. Dzisiaj w pałacu sporo się dzieje i mogą odnosić korzyści nie tylko mieszkańcy Bytomia, ale cieszyć oko wszyscy, którzy tutaj dotrą.