Pałac Tiele‑Wincklerów w Miechowicach stoi dziś jak ocalały fragment dawnej opowieści — jak strona wyrwana z księgi, której resztę pochłonął ogień. Ta część, którą widzisz, jest jak serce, które mimo ran wciąż bije. Jej mury pamiętają czasy, gdy ród Tiele‑Wincklerów tchnął w to miejsce bogactwo, kulturę i ambicję, a Miechowice były jednym z najjaśniejszych punktów na mapie śląskiej arystokracji.
Dlatego ta ocalała część pałacu świeci dziś jak samotna latarnia. Jej okna, rozświetlone na obrazie, wyglądają tak, jakby próbowały przywołać ducha dawnej świetności — bale, rozmowy w salonach, zapach książek z biblioteki, echo kroków na marmurowych schodach. Drzewa wokół, starsze niż niejedno ludzkie pokolenie, zdają się pochylać nad ruiną jak nad przyjacielem, którego nie udało się ochronić.
A jednak w tej pozostałości jest coś niezwykle poruszającego. Jakby pałac, choć okaleczony, wciąż chciał opowiadać swoją historię — o rodzie, który budował potęgę Śląska, o wojnie, która nie znała litości, i o pamięci, która mimo wszystko trwa. To nie jest tylko fragment budowli. To świadectwo. Cichy pomnik tego, co było, i tego, co przetrwało wbrew wszystkiemu.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz